Relacja Harpagan 31 - Marek Szymelis
Minęły 3 tygodnie od LIRO Unreal
Challenge, 2 tygodnie od Spirosa, nadszedł czas na imprezę
długdystansową w której mogę sam wystartować, nie będąc
organizatorem - Harpagan. Moje przygotowania polegają na
popołudniowej wycieczce w leśne góry na południe od Bożego
Pola gdzie zwiedzam parę najwyższych górek.
Na jednej
znajduję ciekawy słupek geodezyjny z XIX wieku. O kondycję zbytnio
się nie martwię, tej zimy nie próżnowałem lecz męczyłem
zawzięcie trenażer. Co prawda w celu odchudzania... Co innego
orientacja, odnoszę wrażenie że w tej materii od lat stoję w
miejscu. Wszystko polega na zdolności koncentracji nad mapą w
warunkach rajdu. Jak to trenować?
Przeddzień rajdu, przyjeżdża Wigor
(Daniel Śmieja) i razem udajemy się do Bożego Pola w celu
rejestracji. W kolejce większość twarzy znajoma, jest m.in. Mickey
(Michał Nowaczyk), Darecki (Darek Korsak), Tomek Barzowski, Bartek Bober, Suri (Maciek Surowiec), Leszek Pachulski, Szymon Ciarkowski i wielu innych. Po złożeniu 3 podpisów pod jakimiś
tekstami ;) otrzymuję numer i kartę. No i kilka papierków
typu reklama gminy Łęczyce. Biorę jeszcze Jurka Ś. któy
zamierzał nocować w samochodzie i jedziemy do Lęborka na nocleg.
W nocy śpię słabo, jakieś dziwne
sny, po czym o 5 rozlegają się tony ustawionych komórek.
Pakujemy się, wciągam kawę mokate, wyruszamy jak to bywa z lekkim
opóźnieniem. Pogoda nieprzyjemna, pada deszcz. Najpierw
przejeżdżamy przez Boże Pole aby w Strzebielinie zaliczyć w moim
ulubionym lokalu poranną jajecznicę. Po drodze mijamy Scoota
(Andrzeja Butkiewicza), który zdąża ze swojej kwatery na
start. W Bożym Polu przed szkołą mnóstwo samochodów.
Ciekawe co powie dyrektor na zajeżdżone trawniki - myślę. Okazuje
sie że start przesunięty jest ze względu na deszcz na godz. 7. W
środku jest Darecki, Scoot, Bartek Bober i inni. Udajemy się na
plac startowy, następuje rozdanie map i można jechać. Przez chwilę
patrzę na mapę, najbliżej bazy są punkty 19 i 7. Ten ostatni
wydaje mi się optymalnym punktem końcowym na powrót. Jadę
na 19 - rzucam do Wigora i ruszam.
PK19
Po przekroczeniu szosy Szczecin-Gdańsk
wjeżdżam do lasu i wygląda na to że jestem pierwszy. Myślę o
tym żeby się skupić bo na początku zawsze popełniam najwięcej
błędów. Po prawej widzę wzgórze, zdaje mi się że
na nie trzeba sie wspiąć. Przedzieram się przez krzaki na zboczu i
jestem u góry. PK nie widać. Hmm jadę dalej, w końcu
osiągam dróżkę po której mozoli się pod górę
sznureczek zawodników. OKi pierwszy błąd zaliczony. Prawie
wszyscy idą tylko jeden zawodnik o kobiecych rysach ciała podąża
uparcie na rowerze. Wpatrując sie w ...plecy tego zawodnika wspinam
się za nim i po jakimś czasie jestemy na szczycie przy wieży
obserwacyjnej. Wchodzę na górę aby podbić kartę i słyszę
że jacyś goście chcą oddać swoje karty Ance (ona to była) aby
weszła i podbiła je za nich. Hmm no comments. Schodzę i robię
szybki zjazd spowrotem, mijając m.in. podchodzącego Wigora który
mówi że też zrobił błąd.
PK5
Na dole, od razu przychodzi mi na myśl
aby jechać na PK5 więc próbuję dostać się do głównej
szosy. W pierwszym odruchu chcę dojechać tam trasą któą
przyjechałem ale zawracam rower, jadę kawałek na wschód i
widzę na mapie bezsens tego posunięcia. Skręcam na zaorane pole,
rozmiękłe i mokre, robię nim jakieś 800m do Bożego Pola Małego.
Napęd chrzęści, jest na nim pełno ziemi. W końcu wydostaję się
na główną trasę Szczecin-Gdańsk. Uff błąd nr 2
zaliczony.
Na szosie dziwię się że nie mogę
dojść do 30km/h ale przypominam sobie prognozę, jest przecież
wiatr wschodni. Za Strzebielinem na mapie dostrzegam skrótową
gruntówkę do Luzina. Jest miękka i w pewnej chwili łańcuch
na skutek zanieczyszczenia powoduje permanentny chain-sack. Schodzę
z roweru, idę parę metrów. Łańcuch podobnie jak kaseta
należą do najwyższej grupy siemano, obiecuję sobie przy
najbliższej okazji wywalić to paskudztwo z roweru. Wsiadam z
powrotem, delikatniej cisnę i jakoś da się jechać. Jest Luzino,
szosa pod górę, po minięciu dolinki skręt w lewo, zamyślam
się... bruk w prawo, skręcam. Za wcześnie, odkrywam to na skraju
lasu. Wygląda że mogę dobic do właściwej drogi lasem. Jadę.
Droga się kończy, utykam w chaszczach. Znajduję jakąś drogę
przez las, na jego skraju droga. Jadę nią, to jednak jeszcze nie
ta. Wracam. Teraz to już na 100% właściwa. Jadę, na PK spotykam
3-osobowy team z Leszkiem Pachulskim i Szymonem Ciarkowskim. Trzeci
to był Jarosław Warda.
PK11
Po podbiciu bez zwłoki ruszam drogą
na zachód na pk 11. Po kilku kilometrach w Tępczu zastanawiam
się bo jest kilka wariantów dotarcia do PK, wybieram moim
zdaniem bezpieczniejszy. W lesie docieram do tablicy "Poligon
Wojskowy" i odzywa się pamięć. Moje zjeżdżone tereny
podlęborskie. Zawracam i po znanych drogach, po chwili docieram do
PK. Jest na nim ze 20 ludzi. Szybko podbijam i ruszam dalej w doline
Łeby.
PK6
Głupio by było tutaj popełnić
poważne błędy. W dole widzę bród przez rzekę przy
samotnym domu, na drugim brzegu spora grupka bikerów którzy
chyba chcą przechodzić przez bród, mostek jest na terenie
prywatnym i zamknięty. Wiem z dawniejszych czasów że
właściciel przeganiał turystów więc jedę dalej do ruin
starego mostu. Dojazd do niego kosztuje trochę czasu. Mostu
praktycznie nie ma, zamiast niego jest zwalone oślizgłe drzewo
zanurzone w wodzie. Nurt jest bystry, poziom rzeki wysoki. Wchodzę
na nie z rowerem w ręku, spróchiałe przęsło o które
opiera się drzewo trzeszczy i chwieje się. Mam stracha do tego
stopnia że dygocą mi nogi. Na dodatek pompka spada z roweru do
wody. Trzymając rower w jednym ręku, stojąc na śliskim drzewie,
kucam i drugą ręka łapię pompkę. W połowie rzeki przechodzę z
drzewa na chwiejne resztki mostu i na czworakach posuwam się do
brzegu. Uff udało się. Wsiadam na rower i po chwili zapominam o
niebezpiecznej przeprawie. Najpierw planuję pojechać przez Linię
ale za Osiekiem zmieniam decyzję, wracam do asfaltówki do
Kętrzyna. Mijam jakiś team w seledynowych koszulkach, który
w odróżnieniu od innych z którymi wymieniam powitanie,
w ogóle mnie nie dostrzega. W Kętrzynie mijam Wigora. Coś
tam wołam ale się nie rozumiemy. Potem jest droga po której
koła ślizgają się w poprzek, aż do lasu. Wjeżdżam nie w tą
odnogę i zmuszam się aby zawrócić i nie ulec pędowi
każącemu jechac dalej z zamiarem "dobicia do właściwej
trasy". Droga która wg mapy jest właściwa wygląda
nieciekawie a przez chwilę prawie jej nie ma na zaoranym polu, ale
nie daję się zwieść. Mijam wyglądającego na zmęczonego Angiego
(Andrzeja Choraba, trasa mieszana), po czym jest rozwidlenie.
Wjeżdżam w lewą odnogę, wygląda lepiej ale nie widać śladów
rowerów. Wracam więc na drugą odnogę, a za mną paru innych
zawodników. Po jakiejś chwili jesteśmy na PK. Dojeżdża
Leszek/Szymon/Jarek. Po wymianie paru słów (Leszek sugeruje
że to tereny gdzie wywoziłem laski na gruchanko we dwoje :), jadę
dalej.
PK13
To już moje całkiem bliskie tereny
podmiejskie, więc znając bogatą rzeźbę terenu, notabene będącego
składnikiem planowanej trasy Maratonu Lębork, automatycznie
uruchamiam wariant szosowy z tylko małym skrócikiem przez
teren. Na punkt docieram bez problemu.
PK4
No cóż, położenie banalne,
miejsce oklepane juz na wielu innych imprezach w postaci wysokiego
kamiennego mostu na nieczynnej linii kolejowej do Kartuz. Jedyne
pytanie czy pk jest u góry na moscie czy na dole. Dojeżdżam
przez las i widzę na przejeździe Jarzynki Team ;), pytam czy jest u
góry czy na dole. A więc na dole, po chwili jestem na
miejscu. Cóż, południe zaliczone, trzeba udać się na
północ od szosy Szcz.-Gda. i najbliżej jest PK9.
PK9
Najpierw bawię się w gonienie
Jarzynek, przejeżdżam przez Dąbrowę nie widząc ich. Dosuwają -
myślę. Wypadam na szosę Szcz.-Gda. - są! Wyprzedzam i wpadam do
Godętowa i Łęczyc. Oglądam się, Jarzynek już nie widać.
Zwalniam mocno na podjeździe do Kaczkowa, podem dalej głównie
pod górę, w następnej wiosce skręcam w lewo. Na polu w
nieoczekiwanym miejscu zwraca uwagę pomnik Matki Boskiej. Potem jest
las ze sporymi koleinami i błotem.
Jest PK, chyba najłatwiejszy
dotychczas. Rozmawiam z dwoma zawodnikami z trasy mieszanej, ruszam
dalej.
PK14
Patrzę bez entuzjazmu na moją dalszą
trasę, dziwny zygzak ze sporymi kawałkami pod wiatr. Nic lepszego
nie przychodzi mi jednak do głowy. A więc pokonuję błotnistą
drogę leśną na zachód, potem po polu i bruku do Brzeźna,
niezbyt pasującymi kierunkowo asfaltami do Rekowa i ostatnie 1,5km
polna drogą do PK. Orientacyjnie i krajoznawczo nic ciekawego.
Podbijam i niezwłocznie ruszam dalej.
PK2
Po przecięciu asfaltu piłuję prosto
pod wiatr polną drogą. Znowu kawałek asfaltu do Tawęcina i wpadam
w las gdzie błądziłem na kiedysiejszym Mamucie. Tym razem przejazd
idzie w miarę gładko chociaż trzeba objechać spory teren
ogrodzony przed Świchowem. Kawałek asfaltu mieszanego z brukiem, w
Świchówku żegnany ujadaniem psa wjeżdżam na drogę do PK,
najpierw podjazd, potem po bruku. Na PK jest znajomy z przyjaciółką
który oznajmia mi że czeka już godzinę na kogoś z pompką.
Pożyczam ale pompowanie nie daje jakoś rezultatu. Zostawiam go z tą
pompką, sam jej właściwie nie potrzebuję bo nie mam nic do
naprawy dętek lub jakiejś zapasowej.
Zdaję się na niezawodność lateksów.
Więc po co mi pompka? Dokucza mi suchy skrzypiący łańcuch, nie
wziąłem oleju.
PK8
Wypada jechać szosą na PK8. Na
niektórych odcinkach jest pod wiatr i tempo jest mierne. Punkt
jest w lesie w widłach szos, decyduję się na zygzakowatą leśną
drogę od zachodu. Najpierw jest to podjazd o kiepskiej nawierzchni,
zsiadam z roweru i podchodzę chwilę piechotą. Potem jadę ale
droga zdaje się ginąć na wyrąbisku. Wracam i biorę drugą
odnogę. Ta wychodzi na pole i kończy się. Więc idę po polu
(jechac się nie da), jakieś 800m. Wreszcie jest PK. Strata czasu
znacząca. Mamroczę niezadowolony do obsługi.
PK12
Zjeżdżam w dół, okazuje się
że jedyny w miarę sensowny dojazd do PK8 był od... północy.
Podjeżdżam asfaletem i wracam do Żelazna gdzie na skrzyżowaniu
spotykam Szymona. Pytam o olej ale odwraca się w stronę
niewidocznego gdzieś z tyłu Leszka. Sunę sprawnie z wiatrem na
zachód. Łańcuch jest okropnie suchy, wypytujuę pierwszą
napotkaną grupę o olej. Stają trochę niechętnie, jeden ma
zielony finisz, jak to określa "miętowy". Ja na to że
biorę wszystkie smaki z rozkoszą. Zaraz po pożegnaniu z nimi, w
przypływie nowej energii z okazji cichego łańcucha, wpadam na
pomysł aby wziąć skrót terenowy. Najpierw jedzie się
całkiem sprawnie aż do ... bramy jakiejś posesji ulokowanej na
środku drogi. Po bokach jakieś chaszcze. Oglądam chwilę jakie są
możliwości, na podwórku buda psa, wolę wracać. Cóż,
kolejne 15 minut w plecy. Kontunuuję jazdę asfaltem do Borkowa,
potem przez lasy aż do doliny z rzeczką. Przede mną biker o
wyraźnie kobiecych kształtach, nieznana mi dziewczyna z którą
dojeżdżam do rzeczki. Mówi że jacyś jej krzyczeli żeby
nie pokonywać rzeczki tylko w prawo ale nie analizuję te
wiadomości. Robię skok i po jeżdzie przez pola jestem na skraju
lasu, za mną owa dziewczyna. PK nie ma. Patrzę na mapę, widzę
pomarańczową plamkę po drugiej stronie doliny. Rozumiem błąd.
Dokładnie jak mówiła, nie przez rzeczkę tylko w prawo.
Wracam mijając innych podążąjących mylnie za nami. Po chwili
jestem na PK. Tymczasem świeci słońce, jeden z zawodników
rozdział się do krótkich rękawków co było jednak
lekką przesadą. Bez dłuższego marudzenia ruszam dalej.
PK20
Ogólnie rysuje się trasa
asfaltowa do Stilo z możliwością skrótu przez las. Jadę do
miejsca gdzie odbija droga skrótowa ale widzę piachy pod górę
więc daruję sobie ten skrót. Dobijam do asfaltu, robię
podjazd do Bergędzina i dalszy asfalt aż do Stilo. Potem jest miła
żużlowa pożarówka aż do PK, której w większości
nie ma na mapie. Kręcę niezbyt szybko bo nogi już nie podają.
Lekki zawód, z PK nie widać morza. Obsługa mówi że
mogę sobie podejść popatrzeć. Cóż nie reflektuję.
PK3
10km od Stilo jest Lubiatowo, otwarty
sklepik gdzie ulegam pokusie. Spożywam puszkę coli, ze 2 batony i
Kubusia siedząc przed sklepem podczas gdy mijają... Leszek ze swoim
teamem. Marudzę tam chyba z 10 minut po czym ruszam za nimi.
Powstaje pytanie, czy ruszać na mało istotny PK3 czy od razu na
PK10 i PK17. Szybko decyduje się jednak robić PK3 a to dlatego że
po 1. robię wszystkie punkty po polei bez strategii zdobywania
najważniejszych, sekundo wolę jechać pod wiatr przez las niż
nudną szosą po polach. W lesie wita mnie plażowy piach wzbudzający
wątpliwości co do decyzji, ale prę dalej. Staram się kontrolować
licznik i przecinki, wygląda że wszystko się zgadza. Odbijam we
właściwym miejscu i docieram do PK.
PK10
Taki mam plan, dotrzeć do PK10 ale w
czasie jazdy nachodzą mnie wątpliwości. Jest późno, a PK10
wymaga dłuższej jazdy polem pod wiatr. Jednakże wizja
bezpośredniej jazdy asfaltem pod wiatr do PK17 wydaje mi się
znacznie gorsza. Wymyslam dziwny wariant że pojade na PK10, potem
PK15, w tą i z powrotem do PK17. Za Prusiewem patrzę na pole gdzie
miała iść droga ale nie ma jej, zaorana. Ogarniają mnie
watpliwości, zawracam i ruszam w kierunku Werzchucina aby dotrzeć
do PK17. Tym samym zostawiam PK10 niezaliczony.
PK17
Za Wierzchucinem piłuję asfaltem
prosto pod wiatr w tempie ok. 20, jakieś 4-5km. Z ulgą skręcam na
północ na pojazd do PK. Wyjeżdżają zawodnicy, słyszę
"straszne piachy". A z tyłu dopadają mnie Szymon, Leszek
i Jarek W. Wspólnie jedziemy przez pola do punktu. Po
rejestracji ja pierwszy podrywam się w droge powrotną.
PK15
Do PK15 prowadzi kawał asfaltu wzdłuż
jeziora Żarnowieckiego, podmuchy wiatru nadal spowalniają. Przed
punktam znowu dopadają mnie Leszek i Jarek W. Dowiaduję się że
Szymon pojechał jeszcze na PK10. Twardy gość. Dotarcie do PK jest
bezproblemowe aczkolwiek wiąże się z podjazdem po szutrówce.
Tym razem z punktu startują pierwsi Leszek i jego kompan, z zamiarem
jazdy na PK18.
PK16
Jest mało czasu więc wszyscy zlewają
PK1 położony z boku. Za doliną jeziora jest spory podjazd, inni
znikają z przodu a ja przystaję dla wciągnięcia jakże
potrzebnego żela. Mam zamiar również jechać na PK18 i w
Rybnie nie odbijam w prawo, ale potem, za torami, jednak tak.
Decyduję się na wariant 16-7-meta. Asfaltem docieram do drogi
będącej wg mapy najlepszym dojazdem do PK16 ale droga kończy się
na żwirowisku. Błądzę trochę, przełażę przez pole i w lesie
jest jakaś droga. Tylko że (z perspektywy) nie ta. Kosztuje to
trochę czasu, ale znajduję punkt. Pozostaje mi już tylko
jednoznaczny odcinek przez PK7 do mety. Którą osiągam ok. 30
minut przed limitem.
Podsumowanie
Uważam mój start i zajęcie 10.
miejsca za względnie udany. Co ciekawe rezerwa czasu którą
miałbym nie tracąc go na południu i w okolicy PK8, spokojnie
wystarczyłaby aby zrobić komplet!
Sprzęt raczej sprawdził się, xtr-a
wywalam jak najszybciej :p Fast Fredy2.35 trochę za bardzo lepiły
się do błota, już nie będę ich brał na mokre warunki. Siodełko
SpeedNeedle - tyłek mnie nie bolał następnego dnia po zrobieniu
208km, czyli szacun wielki dla konstruktora. Bo ono prawie nie ma
wyściółki. Fajka tylnego hamulca była nieczyszczona jeszcze
od wieloetapówki karpackiej i stała się przyczyną że
klamka mi nie odbijała. Koło było lekko hamowane. Ile przez to
straciłem? Trudno powiedzieć...
Ano, tak było a dęby i buki szumią
dalej radośnie :)