|
Dokładnie było to tak:
Przyjechałem z 3 osobami, w tym młodzi Darek i
Grzegorz z Lęborka oraz master Wiesiek z Gdyni. Na miejscu spotkaliśmy
też Scoota ze swoim tatą, którzy również startowali.
Stary rynek w Bydgoszczy wyglądał okazale, otoczony ogródkami
piwno-restauracyjnymi, gwarno i kolorowo. Po dokonaniu formalności
rejestracyjnych tłumek zaczął ustawiać się na moście gdzie była brama
startowa. Kilkanaście minut czekania i ruszamy. Podobnie jak na
maratnie Gdańsk tłum bikerów i bikerek zalewa szeroką ulicę Gdańską
włącznie z chodnikami, w dosyć zmiennym i nerwowym tempie posuwamy się
w kierunku parku w Myślęcinku. Za zakrętem na wąski asfalt peleton
nabiera tempa, jedziemy jakiś czas ponad 30 do zakrętu w prawo w las.
Tam niespodzianka, korek, zamknięty szlaban. Z minuta-dwie czekania,
udaje mi się przedostać pod szlabanem i wsiadam ponownie na rower. Na
drodze leśnej zaczyna sie ostre ściganie. Jest bardzo nierówna, wystają
ostre kamienie i widać pierwszych wymieniających dętki. Zaczynają sie
jakieś górki, właściwie do podjechania ale gdy tłum prowadzi niewiele
można zwojować. Jedna z bikerek dośc mocno rzuca mięsem na kogoś kto
lekko na nia najechał. Nerwowa sztuka :) Potem single-track całkiem
miły i szybki. Na piaszczystych drogach częściej wyprzedzam, parę mam i
odpowiednie opony (FF2.35). Rozmawiam z kimś na łagodniejszym
podjeździe, słyszę głos LEWA, ta sama dziewczyna. Zbaczam nie w tą
stronę i dostaje mi się mięsa co powoduje raczej rozbawienie. Proponuję
koleżance pojednawczego drinka po imprezie... (bez odpowiedzi). Wciągam
żela i wchodzę na wyższe obroty, wyprzedzam trochę ludzi w tym
wspomnianą zawodniczkę. Doganiam sapiącego Grześka, łatwo
rozpoznawalnego po koszulce LIRO. Po jakichś 20km wypadam na asfalt,
jest trochę niejasne gdzie jechać ale dostrzegam znaki na asfalcie: PRO
w lewo. Trasa prowadzi dalej asfaltem, zawodnik z napisem Chorzów na
koszulce mówi "Diablo, wsiadaj na koło" i wyprzedza mnie. Ruszam za nim
i tak sunę za nim na kole z 10km z prędkością ok. 35-37. Tworzy sie
mały pociąg, za mna też ktoś jest. Potem ja wchodzę na czoło ale długo
się nie trzymam, po paru km zwalniam i grupa wyprzedza mnie. Szosa
oddziaływuje negatywnie na moja psychę. Zaczynam jechać coraz wolniej i
wyprzedza mnie druga grupa. Nareszcie trasa schodzi z asfaltu w prawo
na polną drogę, po chwili jest zjazd, akurat na zakręcie stromy i
pokryty jakimś gruzem budowlanym. Widzę że coś się stało, ktos woła
żebym jechał powoli. Wygląda na to że przewróciło się kilku ludzi w tym
conajmniej jeden jest połamany bo siedzi trzymając reke jak na
temblaku. Jadę i kilkaset metrów dalej widzę idącego w stronę wypadku
ratownika. Całkiem nieźle (tzn. blisko ten ratownik)- myślę. Potem widzę leżący na poboczu rower,
kawałek dalej środkiem drogi idzie tyłem do mnie zawodnik do którego
wołam LEWA, bo polna droga jest dość wąska. W ogóle nie reaguje, jakby
był w szoku. Niezły horrorek tutaj odchodzi - myślę. Przejeżdżam przez
punkt kontrolny z matą, pozytywny akcent. Dogania mnie ktoś, to Mickey.
Jedziemy obok siebie i trochę rozmawiamy. Trasa prowadzi niestety znowu
na asfalt pod wiatr, w stronę Bydgoszczy. Dogania nas grupa do której
przyłącza się Mickey i początkowo ja również. Potem jednak nieco
wymiękam i grupa odchodzi do przodu. Za połączeniem z trasą AMATOR
mijam słabszych zawodników z tej trasy. Koniec końców na granicy
Bydgoszczy asfalt się kończy i trasa skręca w prawo na stok, u podnoża
którego jest też bufet. Nie korzystam z niego podobnie jak z żadnego
innego na tym maratonie. Na tak krótkiej trasie zupełnie wystarcza mi
litrowy bidon oraz parę żeli i baton. Za bufetem jest podejście z
plażowym piaskiem na którym muli mnie coś w żołądku i pozwalam sie
wyprzedzać szybciej idącym. U góry polna droga, objawy żołądkowe
przechodzą i zaczynam ostrzej jechać. Zawodnicy i zawodniczki z AMATOR
(tych ostatnich jest zadziwiająco dużo) są łatwo rozpoznawalni po
tempie, mogę czuć się jak czołowy wycinak wyprzedzając całe ich stada
:) Po zjeździe trasa każe nam zaliczyć ostre podejście na łysych
zboczach, i tak kilka razy w dół i w górę. Po długiej szosie ludzie w
tych warunkach łatwo łapią skurcze... mnie na szczęście nie trafia. Na
płaskowyżu są małe niesamowicie piaszczyste zjazdy przez które walę
środkiem ufając mojej szerokości opon. Jakiś zawodnik bezdętkowy stoi
bezradnie z flakiem, znany widok. Kawałek dalej pod prąd szybko jedzie
ktoś w takiej samej koszulce, może aby mu pomóc. Dosyć szybki zjazd po
bruku i jesteśmy z powrotem w mieście, to już ostatni odcinek. Jakieś
ulice na przedmieściu, przechodzenie przez przejście nad torami, jazda
po głównych ulicach obstawionych przez policję i meta ustawiona na
trawniku przed jakimś autosalonem. Za nią stoi kilkaset chyba osób, po
mnie wpada m.in. Slasz i Mickey. Chwila stania i luźnych rozmów, Marcin
Rygielski pyta o wrażenia i zachęca do przejazdu na rynek. Ruszam
chętnie bo suszy mnie a na mecie nic nie ma. Po chwili jestem na rynku
gdzie spotyka się grupa znajomych. Jestem w dobrym nastroju, dałem z
siebie sporo. Z pominięciem asfaltów i podejśc było tak jak lubię.
Siedzimy w ogródku piwnym, jemy przydziałowy makaron z sosem który jest
smaczny. Na końcowe uroczystości postanawiamy nie czekać, pakujemy się
i odjeżdżamy, nasza 4-ka samochodem w kierunku Trójmiasta a Scooty rowerami do Chełmna.
Marek Szymelis
|